sobota, 23 października, 2021
WIĘCEJ

    Antoni Skrendo – wspomnienia odc. 2

    Warto przeczytać

    Karta pobytu na terenie Polski. Decyzja negatywna – jak się skutecznie odwołać?

    Dotykając tematu legalizacji, mówimy przede wszystkim o dokumentach potwierdzających prawo do pobytu długoterminowego na terytorium państwa osoby...

    Czas na zmianę: bezpłatne szkolenia online

    Czas na zmianę: bezpłatne szkolenia online W tym artykule dowiesz się o licznych stronach...

    Czy dwujęzyczność dzieci ma sens?

    Rozważania na temat dwujęzyczności warto rozpocząć w październiku. Dlaczego? Od 2015 roku corocznie właśnie w tym miesiącu...
    Polska360.org
    Polska360 jest miejscem, w którym będą wzmacniane pozycje środowisk polskich i polonijnych w kraju ich zamieszkania, poprzez prowadzone webinaria, szkolenia prowadzone przez ekspertów.

    Tak więc rok 1945 stał się rokiem, w którym rozpoczęła się moja powojenna tułaczka. Wielu milionom ludzi przyniósł on zakończenie wojny, radość i szczęście z powrotu do domu, a dla wielu tysięcy Polaków stał się początkiem tragedii. Walcząc w AK, nie oczekiwaliśmy żadnych nagród i podziękowań, ale nie oczekiwaliśmy za to aresztowań, więzień, rozstrzelań i prześladowań. Dla wielu z nas ta wojna trwała jeszcze wiele lat po jej zakończeniu i niestety  nie liczyło się w niej to, że my również walczyliśmy o Polskę, o wolną Polskę dla siebie i dla wielu swoich najbliższych.

    Po otrzymaniu wyroku, jeszcze w tym samym miesiącu przewieziono nas do stacji kolejowej Nowojelnia. Tam załadowano nas w wagony pulmanowskie z zakratowanymi oknami i przewieziono do Orszy. Tam byłem więziony 2 miesiące. Spotkałem się tam z siostrą Marią, która za to, że była łączniczką AK również otrzymała wyrok 10 lat pozbawienia wolności. W tutejszym więzieniu zastała nas też wiadomość o zakończeniu wojny. Pod koniec maja 1945 r. ruszyliśmy w dalszą podróż, której kres był jeszcze bardzo odległy. Wszystkich mężczyzn załadowano w bydlęce wagony i stały się one naszym domem na półtora miesiąca. Tyle bowiem trwała podróż do Buchty Nachodki niedaleko Władywostoku. W czasie jej trwania byliśmy bardzo słabo odżywiani: otrzymywaliśmy jeden gorący posiłek raz na trzy dni, a podstawowym naszym menu była suszona ryba i chleb lub suchar popijane wodą. W tamtych czasach cieszyliśmy się i z tego. Każde jedzenie było lepsze niż dokuczliwy głód, który było nam dane niejednokrotnie dokładnie poznać. Na stacjach kolejowych mieliśmy czasem postoje i wtedy mogliśmy trochę pospacerować. Spacery odbywały się na placu otoczonym gęsto ustawionymi żołnierzami NKWD, co nie najlepiej wpływało na nasze nastroje i samopoczucie. Nie byliśmy przecież żadnymi przestępcami ani kryminalistami – byliśmy żołnierzami AK, co brzmiało tak dumnie, tyle tylko, że wyłącznie dla nas.

    W Buchcie Nachodce zakwaterowano nas na dwa tygodnie w tamtejszym obozie. Po upływie tego czasu kontynuowaliśmy podróż pod pokładem statku „Sowietskaja Gawań”. Była to mordercza podróż, chociaż trwała tylko 7 dni. Był to przecież środek lata (przełom lipca i sierpnia), a więc pod pokładem było duszno, parno, gorąco. Podróż jeszcze bardziej czynił dokuczliwą ciągły brak pitnej wody, którą nam dawano w bardzo ograniczonych ilościach. Na pokład wypuszczano nas tylko raz dziennie i to tylko po to, abyśmy się mogli załatwić w prowizorycznej latrynie ustawionej na ten czas na pokładzie. Zauważyłem wówczas, że na pokładzie były ustawione działa przeciwlotnicze.

    Morską część podróży zakończyliśmy w Magadanie na Kołymie. Poddano nas tam badaniom lekarskim, umundurowano w ubrania więzienne i ruszyliśmy dalej w drogę. Tym razem samochodami, a jechaliśmy tym razem „tylko” 3 dni. W ten sposób dotarliśmy na Indigirkę, gdzie był kres naszej długotrwałej podróży. Ku naszemu zdziwieniu nie było tam żadnego obozu, jedynie teren otoczony drutem kolczastym i namioty. Obóz mieliśmy dopiero stworzyć my – więźniowie, sami dla siebie. Podzielono nas na dwie grupy: jedna grupa otrzymała jako główne zadanie budowę baraków, a druga zajęła się wydobywaniem złota w kopalni odkrywkowej. Najgorsza i najcięższa praca była w kopalni w okresie zimowym. Pracowaliśmy wówczas przy mrozach -50 st. C do -60 st. C i nic nas nie mogło zwolnić z tego obowiązku. Dopiero gdy temperatura przekroczyła magiczną liczbę -60 st. C nie szliśmy do pracy w kopalni. Nie oznaczało to, że nie będziemy pracować w ogóle. W takie dni szliśmy do lasu, aby zbierać opał do naszych baraków.

    Na czym polegała praca w tej kopalni? W okresie od końca września do maja na obszarze 2-3 hektarów kopaliśmy tzw. „szufry”. Były to prostokątne doły rozstawione w odległości 3 m od siebie i o głębokości 2-3 m, tj. do głębokości zalegania warstwy złota. Gdy wszystkie były już gotowe w czterech rogach szurf zakładaliśmy ładunek wybuchowy i jednocześnie cały obszar był wysadzany. Odbywało się to zazwyczaj na przełomie kwietnia i maja. Następnie na wysadzony teren wjeżdżały spychacze i zgarniały ziemię. W pozostałe miesiące roku, tj. od maja do końca września wydobywaliśmy złoto na wcześniej już przygotowanym terenie. Przy przekroczeniu dziennej normy wydobycia podnoszono nam dzienną normę chleba do 800-1200 g dziennie; natomiast przy nie wyrobieniu normy (co zdarzało się bardzo często, o wiele częściej niż dni z przekroczeniem normy) normę dzienną chleba i kaszy obniżano.

    Co się tyczy warunków higienicznych, to były one bardzo złe. Z początku musieliśmy spać w ubraniach dziennych. Dopiero po paru miesiącach wydano nam po jednym kocu, jednej powłoczce i jednej poduszce oraz worku do wypchania sianem. Nie dbano również o naszą kondycję fizyczną, gdyż dzienne racje żywnościowe były bardzo skąpe. Więźniowie z grupy wydobywającej złoto musieli po pracy iść jeszcze do lasu, gdzie rąbali i nosili drewniane bele na budowę baraków. Razem więc pracowaliśmy 14-16 godzin dziennie.

    Będąc tak traktowani, byliśmy osłabieni i wycieńczeni, dodatkowo nękani jeszcze chorobami. Panowała wśród nas choroba zwana „cyngą”, która prawdopodobnie była spowodowana brakiem witamin. Liczne były również przypadki „kurzej ślepoty”. Ludzie masowo umierali, a najwięcej zgonów było wśród inteligencji i ludzi starszych. Ja sam również ciężko chorowałem, wpadłem w anemię i przy wzroście 178 cm ważyłem zaledwie 36 kg. W tym obozie, o ile sobie przypominam, przebywałem nieco ponad rok.

    Rok 1946. Jesienią z obozu w Indigirce przeniesiono mnie do innego obozu, 77 kilometrów w kierunku Magadanu, z zamiarem przyuczenia do zawodu hutnika szklarza. Byłem jednak za bardzo osłabiony, aby wykonać jakąkolwiek pracę i skierowano mnie do obozowego szpitala. Przebywałem w nim ok. pół roku, gdyż oprócz anemii leczono mi stopy, odmrożone wcześniej w kopalni złota. Spotkałem tam pana Szapiro, bardzo życzliwego człowieka, który był Żydem polskiego pochodzenia. W 1939 roku musiał uciekać przed Niemcami do Rosji, gdzie następnie był aresztowany jako szpieg i skazany na 10 lat więzienia. W szpitalu obozowym został mianowany kierownikiem gospodarczym i miał pewne wpływy. Dlatego też mógł mi pomóc w zaangażowaniu mnie w szpitalu, gdzie jako sanitariusz przepracowałem ok. 8 miesięcy. W tym czasie stan mojego zdrowia uległ znacznej poprawie, przytyłem i odzyskałem pełnię sił. Wobec tego ponownie skierowano mnie do pracy w odkrywkowych i głębokich kopalniach złota. Pracowałem również w fabryce przeróbki rudy złota i odzysku złota oraz przy chałupniczym wydobyciu złota.

    Po zakończeniu sezonu przyszedł rozkaz, aby oddzielić więźniów politycznych od kryminalnych, i dla więźniów politycznych (wśród których i ja byłem) stworzono odrębny obóz o zaostrzonym reżimie. Zaostrzony reżim przejawiał się m.in. w tym, że na noc zamykano nam baraki, a numery obozowe (mój numer 836) mieliśmy od tej pory wypisane w trzech miejscach: na czapce z przodu, z tyłu na kufajce i na jednej nogawce od spodni z przodu. Dojście do pracy, tym razem do głębokiej kopalni złota i powrót z niej, odbywał się pod wieloosobową eskortą uzbrojonych żołnierzy z psami. W drodze powrotnej do obozu na portierni przeprowadzano rewizję osobistą i zabierano nam jedzenie. Otrzymywaliśmy je czasami od wolnonajemnych kolegów z kopalni, gdyż i tacy tam pracowali.

    Głębinowa kopalnia złota miała ok. 100-120 m głębokości i usytuowana była równolegle do żyły złota. W samej kopalni było bardzo duszno i chociaż na dworze było -60 st. C, to w kopalni na głębokości 100 m była już temperatura dodatnia. Oczywiście nie było mowy o żadnych warunkach bezpiecznej pracy i każdą chwilę pracy ryzykowaliśmy własnym życiem. Dodatkowo pracowałem również przy wydobyciu złota z wyrobisk pomaszynowych. Dawano nam korytka do ręcznego wypłukiwania złota, wypuszczano do wyrobisk pomaszynowych i tam ręcznie przepłukiwaliśmy złotonośny piasek, wyszukując grudki złota.

    Tak więc w latach 1945-1952 byłem w wielu obozach i pracowałem w różnych kopalniach złota. Z perspektywy czasu jako najgorsze wspominam lata 1946-1947. Były to ciężkie lata, gdyż zapadłem na zdrowiu, a i moja kondycja psychiczna również była nie najlepsza. Byłem wówczas załamany, zawiedziony i rozżalony, wątpiący w sens życia, wątpiący w to, że kiedykolwiek jeszcze nadejdą lepsze czasy. Udało mi się jednak zebrać wewnętrznie i przetrwać, chociaż wielu moich towarzyszy poddało się rozpaczy. Wielu spośród nich, pod wpływem całkowitego załamania dokonywało samookaleczeń (po to tylko, aby przez jakiś czas być zwolnionym z obowiązku wychodzenia do morderczej pracy) lub popełniało samobójstwo.

    Pracując w wielu obozach i mając kontakt z różnymi ludźmi, napatrzyłem się na wiele ludzkich nieszczęść. Ciężka praca, złe odżywianie, brak nadziei na jakąkolwiek przyszłość powodowały obniżenie morale ludzi. Sprawiły, że u wielu spośród nich zanikały wszelkie uczucia, a w świadomości trwał tylko jeden instynkt: instynkt przetrwania. Ludzie kierowali się nim i oczywisty zdaje się być fakt, że w stosunkach między więźniami nierzadko jedynym prawem było prawo dżungli. Sam osobiście doświadczyłem tego na sobie. Otóż, gdy staliśmy w kolejce po zupę, podszedł do mnie wysoki, mocno zbudowany i dosyć dobrze umięśniony mężczyzna z żądaniem, abym go wpuścił przed siebie. Rzecz jasna, że odmówiłem, bo zgoda byłaby równoznaczna z możliwością pozostania bez obiadu w ogóle. Na moją odmowę zareagował błyskawicznie w ten sposób, że chwycił mnie za barki, uniósł w górę i rzucił prosto na wkopany w ziemię kołek. Poczułem ostry ból w lewym boku, który uporczywie powracał jeszcze przez wiele miesięcy od daty tego zajścia. Dużo później, będąc już w Polsce, podczas jednej z wizyt u lekarza, stwierdził on, że w młodości miałem złamane jedno z lewych żeber.

    — Koniec części drugiej —

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    Najnowsze

    Znamy już laureatów XVIII Konkursu Chopinowskiego

    W nocy z 20 na 21.10.2021 r. Jury XVIII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie...

    Finaliści XVIII Konkursu Chopinowskiego ogłoszeni !

    Po trwających od 02.10.2021 r. przesłuchaniach I, II i III etapu uczestników XVIII Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina w Warszawie 16.10.2021...

    2021 rokiem Stanisława Lema!

    12 września 1921 roku we Lwowie urodził się Stanisław Lem, czołowy przedstawiciel polskiej literatury science fiction i jeden z najpoczytniejszych pisarzy science...

    Narastająca frustracja, która prowadzi do wypalenia zawodowego

    Jak temu zapobiec? Każdy z nas już na pewno słyszał o wypaleniu zawodowym, a prawdopodobnie wielu, jeśli nie większość,...

    XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina (02-23.10.2021)

    Już 2 października 2021 r. nadzwyczajnym koncertem inauguracyjnym w Filharmonii Narodowej w Warszawie o godz. 20.00 czasu polskiego rozpocznie się kolejna edycja...

    Zobacz także