WIĘCEJ

    Antoni Skrendo – wspomnienia odc. 1

    Warto przeczytać

    Polska360.org
    Polska360.org
    Polska360 jest miejscem, w którym będą wzmacniane pozycje środowisk polskich i polonijnych w kraju ich zamieszkania, poprzez prowadzone webinaria, szkolenia prowadzone przez ekspertów.

    Rok 1939. Wypoczęci, opaleni, z głowami wypełnionymi jeszcze wakacyjnymi pomysłami psot i figli udaliśmy się rano 1 września 1939 roku do szkoły. Niestety, okazało się, że w tym roku nauki nie rozpoczęliśmy. Dyrektor szkoły ogłosił, że wybuchła wojna i zajęcia szkolne zostały odwołane. Powiało grozą, chociaż my – psotne wyrostki – nie mieliśmy wówczas pojęcia o dramacie nastałej sytuacji. Słowo „wojna” było dla nas jedynie hasłem z dziecięcych zabaw. Czas przyszły miał nas dopiero okrutnie doświadczyć i pokazać cały ogrom ludzkich nieszczęść i dramatów, nieszczęść i dramatów całych narodów.

    Byłem wówczas (a raczej miałem być) uczniem klasy siódmej. Mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem (trzy siostry: Marysia, Lodzia, Wanda) na terenach kresowych Polski w miasteczku Lubcza nad Niemnem. Po wybuchu wojny władza polska trwała do 17 września. Po upływie tego czasu wkroczyli Rosjanie. Na wiadomość o tym całą rodziną wyjechaliśmy do odległej o 30 km wsi Ruda, gdzie mieszkali rodzice mojej mamusi, Maria i Jan Urbanowiczowie. Mama zajęła się szyciem, a dzieci pomagały w gospodarstwie. Tatusia nie było z nami, gdyż już wcześniej, tj. 16 września schronił się na Litwie. Był on urzędnikiem państwowym i musiał uciekać przed żołnierzami radzieckimi.

    Wkrótce nadeszła pierwsza wojenna zima, a NKWD zaczęło wywozić miejscową ludność na Sybir. Nam na szczęście udało się schronić przed wywiezieniem dzięki częstym zmianom miejsca zamieszkania.

    Rok 1940. Mamusia w dalszym ciągu obszywała całą naszą rodzinę i okolicznych sąsiadów; dzieci pomagały w pracy na roli. Rok ten upłynął w miarę spokojnie. NKWD parę razy ponawiało próby wywiezienia nas na Sybir, jednak jak dotąd bezskutecznie. W porę ostrzeżeni korzystaliśmy z wcześniej już wypróbowanej metody obrony. Otóż dom dziadków stał tyłem do pobliskiego wiejskiego cmentarza. Na znak, że zbliża się NKWD udawało mi się zawsze czmychnąć tylnym oknem na cmentarz. W ten sposób przyszło mi wiele razy nocować na cmentarzu. Mamusia z siostrami w dalszym ciągu chroniły się przez częste zmiany adresu. Jednak w pewnym momencie to ciągłe uciekanie zmęczyło je. Mamusia pogodziła się w myślach z perspektywą wywózki na Sybir i postanowiła dzielnie czekać na to, co los przyniesie.

    Rok 1941. Wichry wojny zaczęły nas wciągać w rozszalałą już na dobre wojenną zawieruchę. Na trzy dni przed wybuchem wojny między Związkiem Radzieckim a hitlerowskimi Niemcami, tj. 19 czerwca, do naszego domu wkroczyło niespodziewanie NKWD. Mnie po raz któryś z rzędu udało się uciec tylnym oknem na pole i dalej do lasu. Niestety, Mamusię i dwie młodsze siostry – Lodzię i Wandę – NKWD aresztowało (najstarsza siostra Marysia w tym czasie przebywała w Wilnie. Miała tam pracę, a mieszkała u znajomych). Dali im 2 godziny na spakowanie podręcznego bagażu i wiejskimi wozami przewieźli do stacji kolejowej Niemen. Następnie bydlęcymi wagonami NKWD wywiozło moją rodzinę wraz z innymi aresztowanymi w głąb Rosji na Sybir (Ałtajski Kraj). Tak więc, mając 15 lat, zostałem nagle pozostawiony sam sobie, zdany na własny spryt, własną przebiegłość, własny rozsądek. Rozpocząłem moją własną wojnę, która zakończyła się dla mnie wielkim osobistym dramatem.

    Również w tym roku, na drugi dzień po uderzeniu Niemiec na Związek Radziecki, tj. 22 czerwca, zginął zastrzelony o świcie mój Dziadek – Jan Urbanowicz. Doszło do tego w następujący sposób: dziadek codziennie rano wyganiał krowy na łąki. Tak też było i tego dnia. Tym razem jednak krowy pasły się na poboczu torów, po których spokojnie spacerował sobie dziadek. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że w tym momencie nadeszli Niemcy i zauważyli spacerującego dziadka. Krzyknęli parę razy, aby się usunął. Dziadek był już ponad osiemdziesięcioletnim starcem i nie dosłyszał niemieckich okrzyków, spokojnie dalej pasąc krowy. Niemcy puścili krótką serię z karabinu maszynowego. W taki sposób zginął mój dziadek, kończąc swe długie, pracowite życie.

    Pod koniec 1942 roku powstała we wsi konspiracyjna placówka AK, która liczyła sobie ok. 15-20 chłopców. Zaraz na początku jej działalności zostałem wciągnięty do konspiracji przez kolegów, którzy darzyli mnie zaufaniem. Główną siedzibą naszej placówki była kwatera, która znajdowała się we wsi Brzozówka oddalonej o 6 km od Rudy. W Brzozówce znajdowała się huta szkła, której właścicielem był pan Stohle. Nieco dalej, za Niemnem, było Hołdowo, gdzie mieścił się sztab 77 Nadniemeńskiego Pułku Piechoty AK. Na początku mojej konspiracyjnej pracy powierzono mi funkcję łącznika między Brzozówką a Hołdowem.

    Rok 1943. Na przełomie lat 1942/1943 Niemcy z większą częstością zaczęli przeprowadzać łapanki, co zmusiło naszą placówkę do wstąpienia do partyzantki, tj. do regularnego oddziału AK. Pod koniec roku  zostaliśmy wysłani na dwa miesiące do kompanii szkoleniowej. Ze względu na konspirację zajęcia odbywały się w różnych miejscowościach. Po zakończeniu szkolenia zostałem wcielony do regularnej jednostki bojowej AK.

    Rok 1944. Pod koniec lutego 1944 roku, mając 17 lat, przeszedłem swój chrzest bojowy pod wsią Bogdanka. Było to starcie z policją białoruską, a chodziło w nim o pomoc dla polskich oddziałów przebijających się spod Nowogródka w kierunku Lidy, tj. na tereny działalności i wpływów AK. W skład tych oddziałów wchodzili Polacy, którzy wcześniej byli zmuszeni do wstąpienia w szeregi niemieckiej policji. W końcu jednak sprzykrzyła się im ta przykra służba i na umówiony znak rozbroili swe oddziały, udając się w kierunku, idących im na pomoc, naszych oddziałów AK. W starciu zginęło dwóch partyzantów. Na drugi dzień po bitwie, nocą, łodziami i tratwami przeprawiliśmy się na prawy brzeg Niemna. Z Polaków, którzy rozbroili Niemców, została utworzona samodzielna kompania pod nazwą „Bogdanka”. Dalsza działalność w AK polegała na tym, że razem z kolegami zdobywaliśmy broń, mundury, zajmowaliśmy się aprowizacją i strzegliśmy ludność cywilną.

    Pod koniec czerwca nasza kompania, licząca ok. 100 osób, otrzymała rozkaz wymarszu w kierunku Wilna. Marsz trwał ok. 10 dni, gdyż w tym czasie panował duży ruch wśród Niemców, którzy wycofywali się. W odległości ok. 20 km od Wilna przekroczyliśmy linię frontu i tu nastąpiło powitanie z Rosjanami oraz postój. 17 lipca rano nieoczekiwana pobudka postawiła nas na nogi. Dostaliśmy rozkaz, aby udać się dalej w kierunku Wilna w celu koncentracji polskich oddziałów, ale już w drodze otrzymaliśmy wiadomość, która wzburzyła krew w naszych żyłach: Rosjanie rozbrajają  polskie oddziały partyzanckie. Wówczas to nasz dowódca polecił nam, abyśmy się skupili w pobliskim lesie i zaproponował, że kto ma blisko rodzinę, niech uda się do domu, a pozostali mogą próbować przebić się przez Puszczę Rudnicką do Warszawy. W tej sytuacji, w kompanii pozostał pluton, w którym również i ja pozostałem.

    Po dotarciu do Puszczy Rudnickiej okazało się, że NKWD obstawiło już wszystkie przejścia w puszczy. O zamknięciu przejść dowiedzieliśmy się od polskich oddziałów wracających z puszczy i kierujących się w kierunku Wilna w celu poddania się. W tej sytuacji nie pozostawało nam nic innego jak dołączyć do innych polskich oddziałów. Dla mnie, osiemnastoletniego chłopca, wizja aresztowania i więzienia był straszna, a jej realność z każdą godziną przybliżała się coraz bardziej: im bliżej Wilna, tym bliżej więzienia. Wydawało mi się wtedy, że już nic gorszego nie może mnie spotkać w marszu do niewoli. Postanowiłem, że ucieknę, że nie pozwolę, aby mnie to piekło pochłonęło.

    Tak więc ogarnięty strachem przed aresztowaniem lub rozstrzelaniem, uciekłem i udałem się do wsi Ruda nad Niemnem, gdzie ukrywałem się u cioci. W dniu 18 listopada 1944 r. w domu pojawiło się niespodziewanie NKWD, aresztowało mnie i osadziło w celi więziennej w Nowogródku. Tam też odbył się proces i wydano na mnie wyrok. Ciekawe jest to, że aresztowano mnie pod zarzutem zdrady ojczyzny z artykułu 63-1a Kodeksu Karnego BSSR. Był to zarzut bzdurny i wyssany z palca. Byłem Polakiem, a nie Białorusinem, urodziłem się w Polsce, zawsze mieszkałem na ziemiach polskich i podlegałem prawu polskiemu, a nie białoruskiemu. Jednak NKWD miało już wcześniej dokładnie opracowane metody nękania i wykańczania ludzi pod płaszczykiem prawa i legalności tak, że na zewnątrz wszystko wydawało się być w jak najlepszej zgodzie z prawem. Tak więc, ponieważ nie można było mi postawić zarzutów o działalność przeciwko ZSRR, postawiono mi zarzut zdrady ojczyzny, gdyż moja Polska – tereny na których się wychowałem i ludzie, którzy na nich mieszkali – należała już do ZSRR. Uznany zostałem więc za więźnia politycznego, udowodniono mi zdradę ojczyzny i skazano na 10 lat pozbawienia wolności i 5 lat pozbawienia praw obywatelskich. Wyrok został wydany w marcu 1945 roku przez Wojenny Trybunał Wojsk NKWD w Nowogródku. Cały proces odbywał się w celi więziennej i wyrok również mi oznajmiono w tym miejscu.

    — Koniec części pierwszej —

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    Najnowsze

    Nieznana historia warszawskiej Pragi

    Praga należy do najciekawszych i najchętniej odwiedzanych przez turystów rejonów Warszawy. Ma swoją własną historię i tożsamość. Nie wszyscy...

    Zobacz także

    Skip to content