WIĘCEJ

    Weronika Sebastianowicz – wspomnienia część I

    Warto przeczytać

    Polska360.org
    Polska360.org
    Polska360 jest miejscem, w którym będą wzmacniane pozycje środowisk polskich i polonijnych w kraju ich zamieszkania, poprzez prowadzone webinaria, szkolenia prowadzone przez ekspertów.

    Nazywam się Weronika Sebastianowicz i jestem prezesem Stowarzyszenia Żołnierzy Armii Krajowej, Okręg Nowogródzki (dawne Kresy Wschodnie, teraz Białoruś).  Urodziłam się w pięknej wsi Pacewicze, powiat Wołkowysk. Było nas troje dzieci – 2 siostry i brat. Ojciec za czasów Polski pracował jako inżynier. Żyliśmy skromnie, ale spokojnie. Mieliśmy swój dom, wokół niego park i staw. Nie posiadaliśmy samochodu, ale 2 własne rowery. Ojciec budował drogi, mosty. Nieźle zarabiał jak na tamte czasy. Było normalnie.

    I tu nagle 17.09.1939 r. ta niespodziewana zaraza sowiecka weszła na nasze tereny. Do naszej wsi wjechali żołnierze sowieccy na ciężarówkach. Miejscowi komuniści zaczęli przychodzić nad nasz staw i zrywać z ogrodu wszystkie kwiaty, aby witać przybywających. Ja jako ośmioletnie dziecko niewiele rozumiejąc z tej sytuacji, wiedziałam jednak, że zaczyna się coś złego i już wtedy włączyłam się do konspiracji. Wyrywałam korzenie po tych zerwanych kwiatach i rzucałam na przejeżdżające sowieckie ciężarówki wojskowe. Cała umorusana wróciłam do domu. Mama ręce załamała na mój widok :

    – Zobacz córeczko, jaki masz brudny płaszczyk. Gdzie ty byłaś? Co robiłaś?

    Ja odpowiedziałam :

    – Wiesz mamo, przyjechały diabły. Tacy brudni, czapki jakieś dziwne z gwiazdą. I ja na nich rzucałam korzenie.

    Mama westchnęła i przebrała mnie. Tak zaczęła się moja działalność podziemna.

    Od tego momentu powietrze nie miało już dotychczasowego zapachu wolności, wolności która stale kojarzy mi się z moim szczęśliwym dzieciństwem.

    Już 19 września Sowieci przyszli z wiejskim komunistą do nas zabić ojca. Tata stwierdził :

    – Za co chcecie mnie zabić, przecież nie robię nic złego ?

    Odpowiedzieli : Bo ty Polak, po polsku rozmawiasz. I jesteś pan.

    Chcieliśmy odciągnąć to wszystko i moja starsza siostra (rocznik 1926) podbiła komuniście karabin i ten wystrzelił w sufit. Następnie my, troje dzieci i mama obstąpiliśmy go, a tacie udało się w międzyczasie uciec. Udał się do rodziny do Wołkowyska. Jak wiecie, już na początku okupacji w 1939 r. inteligencja polska zaczęła tworzyć struktury konspiracyjne. Mój tata także włączył się w działalność podziemną w Związku Walki Zbrojnej, a następnie w AK. Po pewnym czasie do taty dołączył mój brat.

    Trwało to wszystko długo aż do roku 1944, kiedy ojciec został aresztowany [po zajęciu tych terenów ponownie przez Sowietów – przyp. red.] i  skazany na 10 lat. Co prawda nie za walkę zbrojną, ale za bycie przedwojennym inżynierem, jakiś czas sołtysem. Na pewno podejrzewali go o działalność podziemną, bo długo go nie było w domu, ale dowodów nie mieli. 

    Po aresztowaniu taty, brat zdecydował się pójść na stałe do lasu. Starsza siostra, zamężna mieszkała ze swoją rodziną daleko. Zostałam sama z mamą. Naszym żołnierzom potrzebna była pomoc. Mama nie była zaprzysiężona w AK. Piekła jednak dla nich chleb, prała bieliznę, bo jej kochany synek tam był. I ja także do nich chodziłam, pomagałam.

    Mijał czas. W końcu nawiązałam z żołnierzami rozmowę, że chciałabym złożyć przysięgę. Miałam 13-14 lat. Brat się nie zgadzał, bo jego zdaniem byłam za młoda, nie wytrzymałabym służby, aresztowania. Trzykrotnie prosiłam i ostatecznie zgodzono się. Pewnego dnia kazano mi przyjechać rowerem głęboko w las. Przybył w to miejsce komendant Bronisław Chwieduk i ksiądz kapelan mjr Antoni Bańkowski, był obecny także mój brat i jeden kolega. Brat znów zaczął mnie namawiać, abym poczekała do 15 roku życia. Ja się nie zgadzałam. Poparł moją chęć złożenia przysięgi ksiądz Bańkowski

    – Ona przecież stale nam pomaga, zna już nasze bunkry. A jaki chciałabyś mieć pseudonim ?

    Ja zamarłam, nie wiedziałam co powiedzieć.

    I wtedy odezwał się ponownie ksiądz :

    – Zobaczcie, ona taka młodziutka, jak różyczka.

    Wszystkim się to spodobało. I nadano mi pseudonim „Różyczka”.

    Jak wracałam do domu po przysiędze, to nie czułam, że kręcę pedałami. Niosła mnie jakaś niesamowita siła. Całą drogę powtarzałam w myślach przysięgę. Byłam niezmiernie szczęśliwa, że złożyłam ją w takim wieku.

    W 1945 r. zostało rozwiązane AK i zniesiona przysięga. Nie pogodziliśmy się z tym jednak i jesienią 1945 r. składaliśmy przysięgę ponownie. I zostaliśmy pod sztandarem Armii Krajowej. Nadzieja była wielka. Angażowały się całe polskie rodziny. Początkowo placówka nasza mieściła się w Piaskach. Po jej rozbiciu została przeniesiona bliżej Wołkowyska, 15 km od mojego domu. I dalej meldunki, opatrunki, sprawdzanie, gdzie stacjonuje wojsko sowieckie, gdzie NKWD. Dorastałam z naszymi żołnierzami. Nie miałam ochoty chodzić na zabawy, chciałam wiedzieć co się dzieje i działać. Najwięcej pracy było w lesie, gdy nasza grupa wracała z akcji. Zawsze byli ranni. Zawsze ktoś został aresztowany. Pomagaliśmy także Polakom, bo ich sytuacja wtedy była na tym terenie bardzo trudna.

    Umawiałam się z innymi na zbiórki koło kościoła, koło krzyża. Do naszej placówki jeździłam często, także pociągiem. Od 1949-1950 r. zauważyłam, że zawsze za mną w pociągu jest „ogon”. Gdy przechodziłam do innego przedziału, oni za mną. Dlatego czasami nie wysiadałam w umówionym miejscu, tylko jechałam do kolejnego miasteczka niby po zakupy i wracałam do domu. W końcu komendant stwierdził, że muszę coś z tym zrobić, że muszę przenieść się na jakiś czas do innego powiatu. Byłam tam 7 miesięcy i do naszej placówki chodziłam już od innej strony.

    Moja siostra mieszkała daleko. Pomyślałam sobie, że ją odwiedzę, bo skąd NKWD będzie wiedziało, że do niej pojechałam. Przyjechałam do siostry w sobotę, a w poniedziałek zostałam tam aresztowana. To dowód, jak wnikliwie byłam śledzona.

    Początkowo kilka godzin przetrzymywano mnie w NKWD w powiecie siostry, następnie przewieziono mnie do naszego powiatu, a stamtąd do więzienia w Grodnie. Wszyscy zawsze mówili, że jak zawiozą kogoś do Grodna, to już nie wypuszczą. I tak się stało.

    Pięć miesięcy trwały ciągłe przesłuchania. Ciężko mi to wspominać, bo nadal jak nie mogę zasnąć i o tym sobie przypomnę, to ogarnia mnie przerażenie, modlę się, liczę, a i tak nie mogę pozbyć się tych strasznych wspomnień. Po pierwsze – złamane dwa palce w drzwiach. Po drugie – rozbita czaszka. Powiedzieli klęknąć, wyciągnąć ręce i uderzali cegłą lub dwiema w głowę. Traciłam przytomność. Od tego bicia i kopania rozbito mi czaszkę. Ja do dzisiaj męczę się z powodu uszkodzenia nerwu po tych więziennych przeżyciach.

    Większość pobytu w więzieniu spędziłam w karcerze. Metalowa klatka, metr na metr, cieknie woda, szczury biegają. Raz na dzień do kubka na łańcuchu nalewali wody. W dzień w karcerze, na noc na przesłuchania. Powrót do karceru, a rano znów ciągną pod ręce na kolejne przesłuchanie. Gdy  mogłam wrócić do celi, to tam także po całej nocy przesłuchań w ciągu dnia nie można było spać.

    — Koniec części pierwszej —

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    Najnowsze

    “Historia Jednej Piosenki oraz Wspomnień Bohatera”- edycja 2023

    Szanowni Państwo! Fundacji Polska360 zaprasza na cykl „Historia Jednej Piosenki oraz wspomnień Bohatera” - edycja 2023. Projekt ten to historyczno-muzyczna...

    Zobacz także

    Skip to content