WIĘCEJ

    Mieczysław Zabierowski – wspomnienia

    Warto przeczytać

    Polska360.org
    Polska360.org
    Polska360 jest miejscem, w którym będą wzmacniane pozycje środowisk polskich i polonijnych w kraju ich zamieszkania, poprzez prowadzone webinaria, szkolenia prowadzone przez ekspertów.

    Największym problemem w obozie było, jak zaspokoić głód. Głód doskwierał nam ogromnie. Nasze wnętrzności nocą i dniem domagały się jakiejkolwiek strawy. Idę więc do stołówki, bo może uda mi się uprosić kogoś o miskę bałandy [obozowej zupy – przyp. red.] za pomoc w myciu kotłów lub myciu podłogi, ale już tam są i inni, sprytniejsi. Więc wracam upokorzony swą postawą, zalegam na swoich narach w samym rogu baraku, skręcony w kłębek, nakryty buształem. Usiłuję zasnąć. We śnie widzę się w swoim domu, a na stole leży cały kirpicz chleba. Kiedy się budzę od wrzasków brygadzistów, wszystko wraca do normy, dostaję swoją pajkę, całe 400 gram gliniastego chleba, którą zjadam natychmiast. Pewną ulgę przynosi… machorka!

    Od zaciągania się silnym dymem machorki przechodził nieustanny, wręcz fizyczny ból uczucia głodu. Pamiętam, niepalący od chwili aresztowania, w stanie permanentnego głodu, potrafiłem wyrzec się połowy pajki chleba, którą zamieniałem na pudełko od zapałek (spiczecznaja karobka) machorki, którą „handlowali” na obozowym „bazarze”. Oczywiście nie pieniędzmi tam płacono, a pajkami chleba, machorką oraz forszmakiem, czyli gałkami ulepionej, mielonej ryby. Raz w miesiącu otrzymywaliśmy 10 deko cukru, który był w cenie na obozowym bazarze. „Wykupywali” go brygadziści i ci, którzy pracowali w kuchni, w „chleboreżce”.

    Chleboreżczyk to „car i boh” w obozie, krojący bochny chleba na „pajki”: 400 gram – garantijnyje, 600 gram – otlicznyje, 800 gram – rekordnyje pajki.

    Ja, za cały czas mego pobytu w obozach, nigdy nie otrzymywałem innego niż garantijnyj pajok. Do tego dochodziła miska marnej bałandy i 50 gram owsianki czy pszona. Tacy, którzy wypracowywali normę otrzymywali otlicznyj pajok, dostawali 600 gram chleba, 60 gram kaszy i dodatkowo ów forszmak. Rekordziści otrzymywali 800 gram chleba, 100 gram kaszy i porcję ryby – krasnuchy. Zupa była niby jednakowa z tym, że rozdałczyk mógł ją różnie zaczerpnąć: jednemu gęstszą, innemu zaś samą juszkę.

    Sposób obliczania wykonanej normy to była „czarna magia”, po prostu oparta na „tufcie” (tufta – lipa). Trzeba mieć na uwadze, że w obozie rządziła sitwa. Mnóstwo było pasożytów, takich jak brygadziści, proraby [zwierzchnicy brygadzistów – przyp. red.], personel medyczny, wochrowcy [więźniowie, którzy dla ochrony obozu otrzymywali broń – przyp. red.], wolne naczalstwo [kierownictwo – przyp. red.], których zaopatrywano bezpośrednio w ich pokojach. Wszyscy zjadali te produkty, które winny były trafić do kotła, na wyżywienie dla zeków [więźniów – przyp. red.]. Na ogół kierowałem się radami doświadczonych więźniów. A ci powiadali: „Chcesz przeżyć – żyj na garantii. Zechcesz otlicznogo ili rekordnogo pajka – podochniesz“. Dlatego zadowalałem się porcją gwarantowaną i nie goniłem za wykonaniem normy, by otrzymać otlicznyj przydział i nie biłem rekordów. Zresztą nie było mnie stać na taki wysiłek. Więźniowie, którzy w obozie przeżyli dziesięć i więcej lat, tłumaczyli to tym, że ilość wydatkowanej energii na wykonanie normy była niewspółmiernie wyższa od otrzymanej, dodatkowej porcji żywnościowej.

    Muszę tu nadmienić, że wykonana czy przekroczona norma pracy bardzo często byłą przez brygadzistę i normiworszczyka podskubywana na rzecz zupełnie niepracujących woriagów, którzy po przybyciu na wyznaczone miejsce pracy rozpalali duże ognisko, przy którym wraz z brygadzistą grali w karty. Reszta więźniów musiała kilofami i łopatami ryć zamarzniętą, twardą jak lita skała ziemię, ryć wykopy dla przewodów rurowych czy robić wykopy pod projektowaną linię kolejową – dojazd do nowo budującej się cegielni. Musieliśmy wykonywać tę, ponad nasze siły, pracę, gdyż zmuszał nas do tego panujący 25-30-stopniowy mróz. Groziły odmrożenia nóg i twarzy nawet w przypadku kilkuminutowego odpoczynku. Kto próbował ogrzać się przy ognisku, bywał brutalnie odepchnięty lub przepędzony kijem brygadzisty.

    Aby przeżyć trzeba było ciągle walczyć o życie, przede wszystkim z głodnym, skręcającym od bólu żołądkiem. Więzień, wiecznie głodny, zje wszystko. Pamiętam taki typowy obrazek w stołówce: z rozgotowanej w zupie ryby, niektórzy „intelektualiści” wyławiają głowy i rybie ości i odkładają je na bok na stole. Wokół stołów kręcą się więźniowie najbardziej głodni, „szakale”. Zgarniają te odpadki do swoich kotiełków, blaszanek po konserwach. Następnie do tych odpadków dodają jeszcze uzbierane opodal kuchni jakieś obierki ziemniaków czy strzępy kapusty. Wszystko to gotują gdzieś na uboczu obozu, jeśli to jest lato, to dla „poprawienia smaku” dołożą pokrajanego zielska i zjadają to wszystko z wilczym apetytem. Był to żałosny widok tych „szakali”. W rezultacie takiego żywienia ludzie dostawali dyzenterii, dystrofii jelit i następowała nieuchronna śmierć. Określano to jako dosrocznoje oswobożdienije, czyli przedterminowe zwolnienie. Trzeba było siły woli, by nie upaść do poziomu „szakala”, bo głód to „wielki pan” i potrafi złamać i ludzkie charaktery i osłabić siłę woli. Kto tam nie był, nie przeżył tego – nie zrozumie.

    Wspomnienia pochodzą z nr 1(14)/2000 Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    Najnowsze

    Nieznana historia warszawskiej Pragi

    Praga należy do najciekawszych i najchętniej odwiedzanych przez turystów rejonów Warszawy. Ma swoją własną historię i tożsamość. Nie wszyscy...

    Zobacz także

    Skip to content