poniedziałek, 29 listopada, 2021
WIĘCEJ

    Kazimierz Chmura – wspomnienia cz. 2

    Warto przeczytać

    Karta pobytu na terenie Polski. Decyzja negatywna – jak się skutecznie odwołać?

    Dotykając tematu legalizacji, mówimy przede wszystkim o dokumentach potwierdzających prawo do pobytu długoterminowego na terytorium państwa osoby...

    Czas na zmianę: bezpłatne szkolenia online

    Czas na zmianę: bezpłatne szkolenia online W tym artykule dowiesz się o licznych stronach...

    Czy dwujęzyczność dzieci ma sens?

    Rozważania na temat dwujęzyczności warto rozpocząć w październiku. Dlaczego? Od 2015 roku corocznie właśnie w tym miesiącu...
    Polska360.org
    Polska360 jest miejscem, w którym będą wzmacniane pozycje środowisk polskich i polonijnych w kraju ich zamieszkania, poprzez prowadzone webinaria, szkolenia prowadzone przez ekspertów.

    Z Tałyj wiosną 1947 roku postanowiłem uciekać, by ratować życie. Sprzedałem wszystkie kartki żywnościowe, kupiłem bilet do Drohobycza i dwa bochenki chleba. Wsiadłem do pociągu, pomagając rodzinie, która wyjeżdżała do Niemiec, wnosząc im tobołki i wraz z nimi opuściłem Tałyj. W pociągu udawałem, że jestem członkiem tej rodziny, ostatecznie zwyciężył sen i na najwyższej półce zasnąłem. Miasto Kotłas, miejsce największych kontroli pasażerów, minąłem w nieświadomości. Do Moskwy pociąg jechał bez przerwy cztery doby, oczywiście stając na stacjach. W Moskwie mnie zatrzymano, ale udało się ich okłamać. Miałem jeszcze kłopoty z przedłużeniem ważności biletu w Moskwie, później na trasie do Kijowa wyszedłem na chwilę na pobliski bazar i uciekł mi mój pociąg. Po kilkugodzinnym wałęsaniu zostałem zatrzymany przez patrol milicji i wylegitymowany, ale wybawił mnie z opresji naczelnik stacji mówiąc, że nadszedł pociąg, którym dojadę. Milicjanci oniemieli, a naczelnik poinformował ich, że poprzedni pociąg mi uciekł. Dojechałem szczęśliwie do Kijowa, następnie do Lwowa i kiedy wsiadłem do pociągu do Drohobycza, byłem już jakby ze swoimi. Tak dotarłem do Drohobycza, zatrzymałem się u znajomych Liwosza – przekazując dokładny jego adres – później kilka dni byłem w swoim mieszkaniu (mama wyjechała już do Polski). Panią Julię Szmidtt i Panią Sowiakową zastałem jako nasze byłe lokatorki. Szukałem kontaktów. by przedostać się do Polski. Odwiedziłem gajowego Dydyńskiego i jego syna leśniczego, który był aresztowany z moim bratem Zygmuntem. Obaj byli w obozie Karaganda po wyroku 10 lat. Po dwóch latach byli jako zesłańcy w Kijowie – Dydyńskiego zwolniono.

    Napisałem do brata list. W połowie 1947 roku brata Zygmunta zwolniono (prawdopodobnie też z powodu złego zdrowia). Przyjechał do Drohobycza i rozpoczął pracę jako leśniczy koło Truskawca, ale niestety w 1948 roku zmarł. Gdzie jest jego grób nie jest nam wiadome, tak jak i mego ojca Maksymiliana, aresztowanego w 1940 roku.

    Skusiło mnie odwiedzić Wisznię, gdzie pracowałem z bratem w leśnictwie. Liczyłem na pomoc leśniczego Rosjanina, z którym po aresztowaniu brata pracowałem. Mieszkali tam już inni ludzie. Odwiedziłem naszą znajomą Wandyczową i w nocy, gdy u niej spałem, powrócił pijany komsomolec. Następnego dnia odstawił mnie na milicję i tak skończyły się dni pełne strachu i niepewności.

    Moje wyjaśnienia o nieludzkich warunkach pracy nikogo nie rozczuliły i postanowiono mnie odesłać do Workuty. Uwięzienie trwało 9 miesięcy: w Drohobyczu 2 miesiące, we Lwowie 2 miesiące i w Workucie 2 miesiące, pozostałe 3 miesiące to transport i pobyt w Kijowie, Leningradzie, Kirowie i Syktywkarze.

    Leśniczy w Workucie okazał zainteresowanie, a nawet zdziwienie. Prawdopodobnie był w osiedlu Tałyj, bo mogłem tam popełnić jakieś przekroczenie. Pod koniec grudnia 1947 roku wezwał mnie i bardzo grzecznie podał mi pismo z Moskwy – sprawę anulować, zwolnić z więzienia i odesłać do Polski. Ręce mi się trzęsły, poczęstował mnie papierosem i powiedział: „Jutro rano zwolnię ciebie, a ty z tym pismem zgłosisz się w II-gim Oddziale NWKD, gdzie wystawią powrót do Polski”.

    Niestety, radość trwała krótko, Moskwa daleko, a ludzi do pracy trzeba. Major II-go Oddziału NKWD oświadczył: „Byłeś zesłańcem i nim jesteś – zamelduj się w speckomendanturze”. Dokument mi zabrał, wyjaśnienia nic nie dały i wyszedłem roztrzęsiony. W korytarzu spotkałem mojego śledczego i powiedziałem, co się stało – wszedł do majora (słyszałem, jak kłócili się) i szybko wyszedł zdenerwowany, a pod nosem mruknął „wot kakoj Jewrej”.

    W speckomendanturze sekretarka rozmyślała, co ze mną począć – licho ubrany, bez pieniędzy, jak zacznie pracę? Skierowała mnie do Straży Pożarnej, otrzymałem ubranie, koszary i stołówkę. I tak doba dyżuru w remizie, doba w rezerwie (w koszarach) i doba wolny dzień. Apetyt wilczy, praca lekka, przeważnie dyżury w teatrze (jakoby miałem dobrą prezencję). Początkowo dyżury (w jednym dniu 8 godzin) miałem na terenie kopalni „Kapitalna nr 1”, czasem na Bazie OIS (baza produktów żywnościowych i różnych materiałów) i tylko raz brałem udział w gaszeniu pożarów. W koszarach były trzy sale po dwanaście osób każda, wszyscy zesłańcy ze wszystkich republik radzieckich i krajów ościennych. Kucharzem był Chińczyk. Na stanowiskach dyrektorskich (nawet członkowie partii) zostali przeniesieni za karę, na parę lat (widocznie podpadli). Oni jednak jako całkiem wolni, wyjeżdżali na 2 miesiące urlopu, otrzymywali podwójne pobory i lata przepracowane w tym klimacie zaliczano podwójnie. To dla tych „panów” był teatr (artystów przyprowadzano z obozów), początkowo wystawiano opery i operetki zachodnioeuropejskie, później tylko rosyjskie. W orkiestrze grali dwaj Polacy: Kłopotek i Żukowski. Był też balet, dyrygował nim narkoman Gruzin.

    W mieście Workucie był szpital, stadion, elektrownie TEC 1 i 2, a do niektórych domów było doprowadzone centralne ogrzewanie. Prywatnych domów nie było. Wszystkie były z drewna.

    W 1950 roku upłynął termin mego i innych zesłania. Zebrano nas i oświadczono: „Jesteście wolni bez prawa wyjazdu na stałe, tutaj wam żyć i umierać, żenić się i rozmnażać się”. W tym też roku poznałem na wspólnej wigilii Jadwigę Lipnicką z Nowoświęcian koło Wilna. W 1951 roku postanowiliśmy wspólnie dzielić trudy zesłania (choć w innej formie). Po oficjalnym ożenieniu się przy interwencji prokuratury (ona tam decydowała o trudnych rozwiązaniach) zostałem przeniesiony na drugą stronę rzeki Workuty do Osiedla Rudnik jako instruktor przeciwpożarowej profilaktyki.

    Dostałem pokoik w domku tuż nad rzeką, obok mieszkali strażacy z kończącym się wyrokiem. Po roku przeniesiono mnie do remizy, otrzymaliśmy pokoik, a ja stanowisko zastępcy komendanta do spraw profilaktyki. Miałem nadzór nad całym osiedlem i przedsiębiorstwami, za wyjątkiem kopalni nr 8. Nadzór nad warsztatami kopalni należał też do mnie.

    Był tam REMZ-2 (remonty maszyn elektrycznych – kierował tam kolega Edmund Weber), był też cech modeli i odlewów różnych części, były warsztaty mechaniczne i na tokarce pracował Edward Zieliński i Kubica ze Śląska. Na osiedlu były przedsiębiorstwa: GRU – poszukiwania węgla przez wiercenia – pracowali tam Pietrasiewicz i Narkun, „WNIMS” Instytut Badań Zmarzlin ZES-2 (lekkomoblina elektrownia), „ZIMS” (Zakład Wyrobów Materiałów Budowlanych) i pracował tam Skoczylas. W biurze GRU dozorcą był Książkiewicz, w garażach GRU dozorcami byli Baliński i Baranowski. W stajni koni weterynarzem był Kaszkur. W aptece dozorował Łukawski (ten zmarł). Było „ŻKK” – odpowiednik naszych usług komunalnych.

    Gdy w 1952 r. urodził się Zbigniew, otrzymałem w budynku remizy pokój z kuchnią. Tam wszystkie paleniska były od strony korytarza, przez pół roku ogień nie wygasał, bo był mróz. W tym czasie wielu Polaków odwiedzało nas. Nawiązałem kontakt z Palaczem w tajdze, przyjechał i zamieszkał u nas. Udało mu się nawiązać kontakt z żoną w Polsce i wyjechał do Kraju przede mną.

    W rejonach Workuty była cementownia, cegielnia, zakład wypalania wapna, a wszystko oparte na pracy więźniów i zesłańców. Czynnych kopalni ponad 20.

    W straży pożarnej zarabiałem mało. Znajomy nasz inż. chemik pracował w cementowni i namówił mnie na zmianę pracy. Walento Stanisław powiedział: „Będzie kurs na mistrzów wypalania cementu, budują blok, dostaniecie mieszkanie i posadę majstra”. Tak się stało, zdałem egzamin na 5 (w tym okresie byłem ślusarzem, później mistrzem zmianowym). Pracowałem tam od 1953 r. do 01.05.1955 r., tj. do dnia wyjazdu do Polski.

    Takie koleje losy były moim udziałem, ile szczęścia w nieszczęściu i ile uszczerbku na zdrowiu.

    Wspomnienia pochodzą z nr 3(48)/2008 „Kwartalnika Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy AK.

    źródło foto: IPN Rzeszów

    ZOSTAW ODPOWIEDŹ

    Proszę wpisać swój komentarz!
    Proszę podać swoje imię tutaj

    Najnowsze

    IV Międzynarodowy Festiwal Pieśni Pamięci „Walczącym o Niepodległość” (17-19.11.21 r.)

    W imieniu głównego organizatora Stowarzyszenia Łagierników Żołnierzy Armii Krajowej pragniemy wszystkich Państwa zaprosić na IV Międzynarodowy Festiwal...

    Misja Victoria

    W 2016 r. trójka pasjonatów i polskich emigrantów w Anglii, zrealizowała swoje marzenie i założyła klub. Ich piłkarska córka  - Victoria Londyn...

    X edycja Festiwalu Filmów Polskich w Tokio (20-28.11.2021)

    20 listopada 2021 r. rozpocznie się X edycja Festiwalu Filmów Polskich 2021 w Japonii. Przegląd polskiej twórczości filmowej odbędzie się w prestiżowym...

    Niepodległa do Hymnu! Dołącz do akcji 11 listopada

    Zbliża się jedno z najważniejszych świąt dla każdego Polaka – 11 listopada – Narodowy Dzień Niepodległości. Biuro Programu „Niepodległa” zachęca, abyśmy uczcili...

    Polskie cmentarze, groby i zabytkowe nekropolie poza granicami kraju pod opieką MKiDN

    28.10.2021 r. polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego przypomniało o pracach zrealizowanych i prowadzonych na nekropoliach na świecie pod nadzorem Ministerstwa, celem...

    Zobacz także